Lao Che – zespół klasyfikowany jako crossover, a przeze mnie zaliczany do gatunku, który nazywam poszukującym. Każda ich kolejna płyta stanowi niemałe zaskoczenie. Każda jest zupełnie inna muzycznie, zaś wszystkie łączą niesamowicie bogate lingwistycznie teksty Spiętego. Wszystko zaczęło się w 2002 roku od “Guseł” – płyty utworzonej jako concept album. Bogata tu jest zarówno warstwa tekstowa, jak i muzyczna. Płyta wprowadza w klimat zamierzchłych czasów, nawiązują do niej bogate w archaizmy teksty Spiętego, pełne odwołań do literatury, stylizowana muzyka, a także staro-cerkiewnosłowiańskie pieśni śpiewane w języku ukraińskim. Potem powstało “Powstanie Warszawskie”, dzięki któremu zespół został zauważony przez media. Płyta ta jest swoistym słuchowiskiem, opowieścią o powstaniu, hołdem dla tych, którzy brali w nim udział i lekcją historii dla współczesnych.
Chcąc odpocząć od poważnych tematów zespół zabrał się za nagrywanie kolejnej płyty. Miała być lekka w formie i temacie i bynajmniej nie miał to być kolejny concept album. Sukces ten został osiągnięty połowicznie. Płyta jest lekka w formie, nawiązuje do muzyki cyrkowej i muzyki z kreskówek. Jest to, jak mówi o niej sam zespół, “Radość z dźwięku. Radość z rytmu. Radość z brzmienia.” Tekstowo jednak płyta porusza tematykę religijną, oczywiście w nieco ironiczny i pokrętny sposób.
Teraz przyszedł czas na czwartą już płytę “Prąd stały/prąd zmienny”. Tym razem zamysł się udał – płyta nie stanowi koncepcyjnej całości. Muzycznie zespół poszedł w stronę klawiszy, samplerów i retro. Tekstowo każdy utwór stanowi odrębną całość – są to interesujące, często abstrakcyjne historie, jak na przykład utwór “Urodziła mnie ciotka”.
Zespół ruszył w trasę promującą nowy album. Miałam okazję być na koncercie w Rzeszowie. Jak zwykle Lao Che na koncertach brzmi świetnie. Jest to jeden z tych zespołów, które potrafią wytworzyć dużą dawkę energii i sprawić, że publiczność czuje się pełnoprawnym członkiem zespołu. Tym razem na koncercie zagrali głównie utwory z nowej płyty, nie zabrakło jednak kompozycji ze starszych wydawnictw. Fajne jest w Lao Che to, że zespół sam się świetnie bawi na tych koncertach, zwłaszcza szalejący zawsze Denat – człowiek od sampli, na poczekaniu wymyśla tracklistę i bawi się z publicznością w “jaka to melodia?”, czyli gra niektóre utwory w zupełnie odmiennych aranżacjach i trzeba się nieźle nagłowić, żeby odgadnąć co właśnie grają. Co więcej nie odmawia bisów i chętnie rozmawia z fanami po koncercie.
